niedziela, 3 sierpnia 2014

Cały dzień jak na speedzie.

  Spaliłam prawie całą paczkę fajek. Wypiłam około 4 litrów herbaty i, co najważniejsze, nic dziś nie jadłam. Jest OK.
  Rano, o 07:30 czeka mnie egzamin.

  Właśnie w związku z natłokiem nauki oraz egzaminu odłożyłam 'dietę'. Nie mogłam sobie w tym tygodniu pozwolić na ospałość, która zawsze towarzyszy mi podczas..hm... kuracji. Ale właśnie dziś nadszedł czas na wprowadzenie drakońskich zmian w żywieniu. Ułożyłam też ćwiczenia, aby szybciej spalić zalegający, obrastający na moim cielsku tłuszcz.
  Mam nadzieję wstawić dziś wieczorem moje, że się tak wyrażę, wymiary. A na razie czeka mnie kolejna już bezsenna noc, kiedy to będę desperacko próbowała coś jeszcze zapamiętać. 


piątek, 1 sierpnia 2014

Jestem taka zmęczona...


  Śpię po 3-4 godziny dziennie, zazwyczaj po południu. W nocy uczę się do poprawki, a   za dnia pracuję. Oczy coraz bardziej podkrążone. Marzę o dniu wolnym, kiedy to będę mogła odespać cały ten miesiąc.
  Ból kości powrócił, czuję go, zwłaszcza w stawach. Moja praca wymaga ciągłego ruchu, więc ból przybiera na sile. Mam też coraz częstsze zawroty głowy i omdlenia.
  No i oczywiście w sprawie bycia 'skinny' nie zrobiłam nic. A nie, nie, coś jednak zrobiłam. Mianowicie pochłonęłam dziś całą czekoladę i paczkę biszkopcików. Brawo, w ten sposób na pewno coś osiągnę.
  Jestem coraz bardziej poirytowana tym ciągłym brakiem czasu tylko dla siebie, swojego ciała i pamiętnika. W kółko tylko praca, nauka, praca... A miały to być najdłuższe i najlepsze wakacje w moim życiu.
   Czy ten koszmar się w końcu skończy?




czwartek, 31 lipca 2014

Pytania bez odpowiedzi.

Nie jestem taka, jak większość dziewczyn z "zaburzeniami"...

Jak na dziewczynę, która całą sobą pragnie schudnąć, widzieć w sobie upragniony ideał, zachowuję się dość nietypowo. I jestem pełna podziwu dla tych, które wiedzą czego chcą i do tego dążą, choćby po trupach.
Ostatnio często zastanawiam się, co jest we mnie nie tak, czego mi brakuje. Czytam Wasze blogi, komentarze i listy. Wydaje mi się, że sytuacje czy powody, które popychają Was do działania, można przedstawić wzorem: niepochlebne opinie/komentarze + trudna/wymagająca sytuacja życiowa = wzrost niezadowolenia ze swojego wyglądu. Z tym, że Wy działacie, nie stoicie w miejscu jak ja.


Tak jak Wy, oglądam zdjęcia 'skinny girls', chłonę je całą sobą, zapamiętuję każdy szczegół, żeby w głowie stworzyć obraz idealnej siebie, takiej jaką chcę być. Czytam wszystkie możliwe blogi o ćwiczeniach, dietach (bardziej lub mniej drakońskich), o tabletkach, które warto brać... Tak jak Wy chłonę całą tą wiedzę.
Ale pytam: dlaczego nie mogę się zebrać, by wykorzystać wiedzę i doświadczenie nabyte w walce z fałdami obrzydliwego tłuszczu? Dlaczego od 7 miesięcy nie czułam żadnego impulsu, który by mnie zmusił do działania?



Kolejny "początek"

Nie będę opowiadać, jak to się u mnie zaczęło. Było, minęło, nigdy nie cofaj się do przeszłości. Ważne jest tu i teraz.

Moje "tu i teraz" jest cięższe niż kiedykolwiek.
Ukończyłam liceum, fajnie. Niestety matury nie zdałam, czeka mnie w sierpniu poprawka. Jednocześnie odeszła ode mnie osoba, którą kochałam. Od miesiąca siedzę zamknięta w domu, rzadko z kimś rozmawiam. W sumie to nie dramat,brak kontaktów międzyludzkich. Może po wszystkim, co przeszłam w ostatnim miesiącu, jest to pożądana odskocznia. Robię się coraz bardziej dzika i aspołeczna.


Zakładam tego bloga by móc dzielić się ze światem moimi, mam nadzieję, przyszłymi osiągnięciami. Moim marzeniem jest ważyć 49kg, przy wzroście 171cm. *aktualną wagę i wymiary podam troszkę później*
Jako dziecko byłam chudzinką, lecz i te piękne czasy odeszły. Skończyły się dość gwałtownie. Waga wahała się... 72...68...51...60...59... Dziwna huśtawka. Miewałam stany bulimiczne, brałam środki przeczyszczające i zawsze waga wracała do okolic 60kg. Zawsze.  Teraz będzie inaczej.